Teatr opowieści, śmiechu i śmierci | Agata Drwięga

19. Światowy Kongres organizacji ASSITEJ wraz z towarzyszącym mu Międzynarodowym Festiwalem Teatru dla Dzieci i Młodzieży Cradle of Creativity odbył się między 16 a 27 maja w Kapsztadzie (pierwszy raz w ponadpółwiecznej historii stowarzyszenia gospodarzem imprezy było państwo afrykańskie). 

Red Earth Revisited, Speeltheater Holland Studio i ASSITEJ South Africa, a Holandia/RPA | fot. S. Bernstein


W 1965 roku na Konferencji Statutowej nowo powstałej organizacji zdecydowano, że kolejnym kongresom mają towarzyszyć prezentacje spektakli oraz rozmaite spotkania tematycznie związane z rozwojem TYA (ang. Theatre for Young Audiences) [1]. Obecnie nieodłącznym elementem obrad członków ASSITEJ jest dwutygodniowy cykl wydarzeń, na który w tym roku składały się: spektakle (63 tytuły), warsztaty, panele dyskusyjne, sympozja tematyczne (tzw. Focus Days), całodzienne bloki tematyczne, które odbywały się w kapsztadzkich odpowiednikach osiedlowych domów kultury (tzw. Cultural Hubs), dwudniowa konferencja naukowa organizowana przez ITYARN (ang. International Theatre for Young Audiences Research Network), targi artystyczno-producenckie (ang. Producer’s Bazaar) oraz, co nie mniej ważne, rozmaite imprezy integracyjne. 

W Polsce TYA stereotypowo kojarzy się przede wszystkim ze spektaklami lalkowymi, choć osoby znające temat doskonale wiedzą, że lalka nie jest i nigdy nie była środkiem wyrazu zarezerwowanym wyłącznie do komunikacji z najmłodszymi widzami. Uczestnicząc w kapsztadzkiej imprezie, po raz kolejny zdałam sobie sprawę z tego, że zjawisko, które nazywamy teatrem dla dzieci i młodzieży, jest niezwykle bogate i różnorodne. Mieszczą się w nim nie tylko widowiska lalkowe lub aktorskie adresowane do przedszkolaków czy uczniów szkół podstawowych, ale także te zarezerwowane niemal wyłącznie dla nastolatków, a również dzieci w wieku żłobkowym. Każda z tych grup wiekowych ze względu na specyficzne możliwości percepcyjne i doświadczenie życiowe wymaga odrębnego języka scenicznego, którego poszukują nie tylko aktorzy, lalkarze czy reżyserzy teatralni, ale także tancerze, choreografowie, muzycy czy opowiadacze. Na świecie TYA obejmuje również wszelkiego rodzaju działania teatralne podejmowane z dziećmi i młodzieżą w domach kultury, ośrodkach wychowawczych, świetlicach opiekuńczych czy teatrach. W Polsce wyraźnie odróżniamy teatr tworzony dla młodej widowni przez profesjonalistów od działań amatorskich z dziećmi i młodzieżą, gdzie od efektu końcowego ważniejszy jest proces (na przykład te ostatnie raczej nie są prezentowane na festiwalach obok spektakli profesjonalnych). Jednak nie we wszystkich krajach świata ten podział jest tak widoczny, a proporcje między poszczególnymi dziedzinami TYA kształtują się rozmaicie. Organizatorzy wzięli pod uwagę te wszystkie zależności, układając kompleksowy program prezentacji teatralnych, konferencji, seminariów itp. Dzięki temu specjaliści danej dziedziny mieli możliwość spotkania swoich kolegów po fachu z odległych zakątków świata, co stanowi niepodważalną wartość wszystkich wydarzeń towarzyszących Kongresowi. 

Organizatorom imprezy (ASSITEJ SA z Yvette Hardie, prezydent światowego ASSITEJ, na czele) zależało na prezentacji dokonań artystów afrykańskich ze szczególnym uwzględnieniem tych pochodzących z Republiki Południowej Afryki. W programie znalazły się więc głównie spektakle z Afryki oraz będące wynikiem współpracy artystów z różnych kontynentów. Obraz afrykańskiego TYA zawiera co najmniej kilka fascynujących i godnych odnotowania zjawisk. 

Przede wszystkim jest to teatr pełen muzyki, śpiewu i tańca. Czarnoskórzy aktorzy grają nie tylko na klasycznych instrumentach, ale potrafią też wydobywać dźwięk z przedmiotów, jakie znajdują się wokół – od kanistrów na wodę, przez kartonowe pudełka, po puszki i kawałki blachy. Robią to z niespotykaną swobodą, jednocześnie śpiewając w sposób dotykający głębi duszy widzów. Być może brzmi to banalnie, ale muzyka, taniec i śpiew zdają się być dla Afrykańczyków czynnościami tak organicznymi jak oddech. Stanowią przy tym ważny element ich dziedzictwa kulturowego. 

Wspaniale ukazuje to spektakl My Culture, My Strenght, My Identity (reż. Chipo Precious Basopo) z Zimbabwe, który jest ponadgodzinnym tanecznym show. W jednej ze scen dziadkowie głównej bohaterki imieniem Ruvarashe demonstrują jej kolegom i koleżankom z miejskiej szkoły taniec tradycyjnie wykonywany w rodzinnej wiosce dziewczynki. Następnie proszą, by dzieci zaprezentowały im „modne wielkomiejskie harce”. Znamienne, że różnice pomiędzy tradycją a nowoczesnością pokazano właśnie poprzez ruch, z pominięciem wszelkich kwestii technologicznych, urbanistycznych czy obyczajowych. Spektakl o dziewczynce pouczającej swoich rówieśników, że podążanie za nowoczesnością prowadzi do utraty własnej tożsamości zawartej w tradycyjnych wartościach, niekoniecznie przypadłby do gustu zachodnim pedagogom teatru. Jednak tym, co stanowi o sile tego widowiska, jest płynąca ze sceny energia. W spektaklu grają, tańczą i śpiewają dziecięcy i nastoletni uczestnicy jednego z programów Chipawo (międzynarodowej organizacji pożytku publicznego). O ile ich aktorstwo można nazwać amatorskim, o tyle umiejętności tanecznych i muzycznych pozazdrościłby im niejeden profesjonalista. W spektaklu pojawia się wiele tradycyjnych tańców, pieśni i dialogowanych rymowanek, na które żywiołowo reaguje publiczność. Dorośli (!) widzowie nie tylko na głos odpowiadali aktorom i wspólnie z nimi śpiewali, ale także przyłączyli się do tańca. Kapsztad jest miastem przyciągającym emigrantów z całego kontynentu, a spotkanie Zimbabwejczyków na tym właśnie przedstawieniu było niezwykłym doświadczeniem. 

Sposób, w jaki afrykańska publiczność uczestniczy w widowiskach teatralnych, jest tematem na oddzielny artykuł. To, że dzieci potrafią z przejęcia wstać z miejsca czy bez oporów wchodzić w interakcję z aktorami, nie dziwi – między innymi za to kochamy młodą publiczność. Jednak widok dorosłych reagujących podobnie (a często nawet z większą ekspresją niż najmłodsi) zaskakuje. Tutaj, bez względu na wiek, wszyscy przeżywają perypetie bohaterów tak samo intensywnie: podpowiadają aktorom; cmokają z niezadowoleniem; ryczą ze śmiechu, klepiąc się przy tym po udach; głośno komentują akcję; załamują ręce nad tragizmem losu postaci czy płaczą. Tę naturalność dialogu toczącego się między sceną a widownią wyjaśnił Cheela Himutwe Chilala, pisząc, że Tradycyjne afrykańskie przedstawienie zwykle nie ma „czwartej ściany”: nie ma tu kategorycznego podziału na wykonawcę i publiczność. Wszystko dzieje się „w kole” [2]. Taki układ kojarzy się z tradycją oralną, gdzie prezentacje opowiadaczy i pieśniarzy dopuszczają spontaniczny udział widzów lub wręcz do niego zapraszają. 

Storytelling, w Polsce odżywający, ale skoncentrowany głównie w miejscach nieteatralnych, jest ważnym czynnikiem kształtującym afrykański teatr, a zachowanie publiczności zdaje się być jednym ze skutków tej sytuacji. Wskazuje na to struktura spektakli, w którą jest zazwyczaj wpisana interakcja z widownią, a także postać opowiadacza. Bohater pełniący funkcję narratora przedstawianej historii oraz będący łącznikiem między światami scenicznym i rzeczywistym pojawił się w większości afrykańskich prezentacji. Holendersko- południowoafrykańska koprodukcja Red Earth Revisited (reż. Onny Huisink) nawiązuje do tradycji opowiadania nie tylko formą, ale również treścią. Kanwą spektaklu jest historia zamknięta w powszechnie znanej pieśni, podstawowym nośniku dziedzictwa kultury oralnej. Traktuje o prorokini Nongqawuse, zapamiętanej jako ta, która próbowała doprowadzić do zagłady lud Xhosa (jedno z wielu plemion zamieszkujących obszar współczesnej RPA). Wypadki, jakie do tego doprowadziły, obserwujemy dzięki opowieści bociana. 

Akcja przypada na lata 1856–1857, gdy okolice Przylądka Dobrej Nadziei były okupowane przez Imperium Brytyjskie. Europejczycy niszczyli lokalną kulturę i tradycje, przywieźli ze sobą wiele nieznanych wcześniej chorób, a przede wszystkim odbierali tubylcom ludzką godność. Pewnego dnia nastoletnia Nongqawuse spotkała nad rzeką duchy przodków, które obiecały przepędzić agresorów w zamian za ofiarę całopalną złożoną ze wszystkich krów, byków i cieląt, jakie posiadali Xhosa. Choć bydło decydowało o statusie materialnym właścicieli, a także stanowiło główne źródło ich utrzymania oraz pożywienia, tylko nieliczni nie posłuchali nakazu. Niestety, przodkowie nie wypełnili obietnicy, a konsekwencją rzezi była śmierć blisko trzech czwartych populacji Xhosa. Nongqawuse została ukarana przez rząd brytyjski zamknięciem w więzieniu, a mieszkańcy RPA do dziś śpiewają piosenkę obwiniającą ją za tragedię. 

Spektakl ma w sobie coś z rytuału wywoływania duchów. Dużo w nim rytmicznej muzyki i ruchu, pojawiają się także lalki. Większość z nich to sztywne figurki wyobrażające ludzi i zwierzęta, ale formy przedstawiające głównych bohaterów łatwo poddają się animacji. Ich odrobinę kanciaste kształty, drewniane głowy, wyraźnie zaznaczone farbą oczy i długie, zwiewne tkaniny kojarzą się z lalkami zapustowych turoni. Animanty są tutaj tak samo ważne jak aktorzy, a jedyne postaci niewystępujące w żywym planie to – należący do innych porządków czasowych – bocian i przodkowie. Dzięki narratorowi pamiętamy, że opowieść stanowi pewien zamknięty rozdział przeszłości. Choć nie da się zmienić biegu wydarzeń, dzięki „ptasiej perspektywie” ci, którzy znają słowa pieśni, mają szansę zrozumieć ją na nowo. 

Autorzy spektaklu stanęli w obronie Nongqawuse, traktując ją jako uosobienie niewinności zbrukanej przez europejskich kolonizatorów. Naiwna i silna wiara, przywiązanie do tradycji i bezwzględne respektowanie woli przodków są zgodne z systemem wartości, którego nie zrozumieli i nie uszanowali agresorzy. Bohaterka spektaklu to młoda kobieta pewna słuszności przekonań, jakim do końca pozostaje wierna. Z tego powodu powtarzany od początku spektaklu refren nazywający ją morderczynią („she killed our nation”) w ostatniej scenie brzmi „she tried to save our nation”. 

Silna, choć jednocześnie uległa i poddająca się woli mężczyzn kobieta to kolejny motyw powracający w afrykańskich produkcjach. Wyrazistym tego przykładem jest główna bohaterka Karoo Moose (reż. Lara Foot, RPA). Akcja spektaklu dzieje się w nędznej wiosce gdzieś w głębi surowego regionu Karru, gdzie żyje Thozama – nastolatka, której dziewictwo ojciec oddał w zastaw za własne długi. Metaforyczna scena zbiorowego gwałtu, gdzie owinięta w siatkę dziewczyna przyjmuje kolejne uderzenia piłki kopanej przez podnieconych mężczyzn, dobitnie pokazuje status kobiety w patriarchalnym społeczeństwie. Poraniona i zhańbiona nastolatka może liczyć najwyżej na współczucie matki – takich jak ona są przecież setki. Ofiara rodzi córkę i już wie, że ją także czeka podobny los. Niemożność zmiany tej sytuacji symbolizuje przechadzający się po wsi łoś (ukazany w postaci któregoś z mężczyzn, trzymającego dwie rozłożyste, postawione na sztorc gałęzie). Thozama, choć zdaje się uległa i pogodzona z losem, jest jednocześnie dumna i wyniosła. Na swoich oprawców patrzy z pogardą wzrokiem osoby, której nic nie może złamać. Dziewczyna ma wystarczająco dużo siły, by stanąć do walki ze zwierzęciem i je zabić (dynamiczna, dopracowana pod względem choreograficznym i muzycznym scena), a następnie opuścić wioskę. Szkoda tylko, że potrzebuje do tego „księcia” – chłopaka, który zabiera ją samochodem do jakiegoś innego, lepszego świata. Los kobiety, niezależnie od jej wewnętrznej siły i odwagi, pozostaje zależny od decyzji podejmowanych przez mężczyzn. 

Thozama jest bohaterką tak okrutnie doświadczoną przez życie, że łatwo zapomnieć o jej młodym wieku. Wydaje się, że postaci dzieci wiodących tragiczną egzystencję w tej części świata nie należą do rzadkości. Bohaterkami Mbuzeni (reż. Koleka Putuma, RPA) są cztery kilkuletnie sieroty mieszkające w slumsach. Dziewczynki całe dnie spędzają na cmentarzu, gdzie beztrosko i radośnie bawią się w odprawianie pogrzebów. Wskutek tych zabaw jedna z nich zapada na śmiertelną chorobę objawiającą się koszmarami sennymi. Pozostałe dziewczynki cierpliwie i ze zrozumieniem wybudzają ją z dręczących majaków, a gdy któregoś ranka znajdują ją martwą, organizują pogrzeb. Śpiewając a cappella przejmującą pieśń, niosą grzebień koleżanki w żałobnym kondukcie, zakopują go w ziemi, a na koniec żegnają się charakterystycznym gestem przyjaźni zarezerwowanym dla ich grupki. Ozdoba do włosów symbolizuje ciało zmarłej, a ona sama podąża za towarzyszkami ubrana w długą pelerynę z kapturem. Oszczędna scenografia (składająca się z kilku drewnianych palet i płotu w tle) oraz zachowanie aktorek, którym udało się zbudować przekonujące, nieinfantylne postaci dzieci, są podporządkowane konwencjom zabawy „na niby”. Dziewczynki przemykają pod niewidocznym murem cmentarza, rzucają niewidzialnymi kamykami w wyimaginowanego kota, a następnie zakopują go w nieistniejącej ziemi; wieczorem trochę się kłócą, ale nie naprawdę, bo rankiem znów idą się bawić. Jedynie śmierć jest tutaj namacalna – po zmarłej zostaje tylko grzebień, a puste miejsce wypełnia tajemnicza, zakapturzona postać. 

Przedstawienie, w którym uczestniczyłam, wyjątkowo głęboko poruszyło emocje widzów. Spektaklowi w języku isiXhosa (jednym z kilkunastu oficjalnych języków RPA) nie przygotowano tłumaczenia, co sprawiło, że reakcje publiczności były często jedynymi wskazówkami pozwalającymi zorientować się w sytuacji scenicznej. Dzięki temu uczestniczenie w tym właśnie spektaklu pozostaje jednym z cenniejszych doświadczeń teatralnych, które wywiozłam z Kapsztadu. 

Omawiane wyżej spektakle są adresowane do dzieci przynajmniej dziesięcioletnich lub nastolatków, ale na widowni spotykałam również młodszych i dorosłych widzów. Choć w Polsce prezentacje dla przedziału wiekowego 13-15 lat zaklasyfikowalibyśmy jako teatr dla młodzieży, tutaj nie jest to oczywiste. Wiek publiczności zdawał się nie wpływać na poziom skupienia i koncentracji odbiorców, choć oczywiście warunkował to, jak i kiedy reagowali. Bohaterowie dziecięcy znajdujący się w trudnej sytuacji życiowej wydają się na tyle uniwersalni, że w ich perypetie łatwo zaangażować się każdemu bez względu na wiek. Nie bez znaczenia pozostaje z pewnością fakt, że twórcy spektakli odwołują się do tego, co wspólne wszystkim widzom – od ukazywanych realiów życia, przez akcentowanie przywiązania do tradycyjnych wartości, po użycie muzyki, śpiewu i tańca. Należy wreszcie zwrócić uwagę na konstrukcję spektakli, gdzie zdarzenia tragiczne dynamicznie przeplatają się z komicznymi, a narrator stanowi swoisty łącznik między sceną i widownią. Wszystkie te elementy składają się na obraz teatru zabierającego głos w sprawie dzieci, ale mówiącego do wszystkich i dotykającego każdego, kto da się ponieść nurtowi scenicznej opowieści. 



[1] N. Eek, Discovering a New Audience For Theatre. The History of ASSITEJ, vol. I, Sunstone Press, Santa Fe, New Mexico 2008, s. 47. 
[2] Ch.H. Chilala, Miejsce publiczności: przestrzeń i dialog, [w:] Facing the Audience. Widzenie widza, „The Annual Magazine of ASSITEJ” 2014 (roczny magazyn ASSITEJ), s. 25-26. 
Nowszy post Starszy post Strona główna