Trudno już dziś doszukać się w pamięci spektaklu teatru lalek,
który doświadczył nożyczek cenzorskich. W roli cenzora tym
razem wystąpił dyrektor teatru, ulegając opiniom jakiejś bliżej
nieokreślonej i jak to zwykle bywa hałaśliwej grupki widzów,
występującej w obronie moralności. Poszło o spektaklową postać prowincjonalnego
księdza, który zagląda do kieliszka (po ocenzurowaniu zagląda
rzadziej!). W spektaklu rzecz błaha, niewarta nawet słowa komentarza
i dowodząca, że wciąż jesteśmy dość oszołomioną społecznością, pełną
nieustannych kompleksów, poczucia winy i zwłaszcza aberracyjnej koncepcji
nieustannego ścigania winnych naszych nieszczęść, kaleczących
szlachetny, czysty, bo przecież wybrany naród. To bardzo w duchu
romantycznych wizji spod znaku realnego komunizmu.
Balladyna Olega Żugżdy rozgrywa się w prowincjonalnej oberży, do której
zaglądają okoliczni mieszkańcy, każdy obarczony swoim grzechem, niedostatkiem,
niespełnionym marzeniem. I przybierając role w dramacie
Słowackiego, mają szansę zmierzyć się ze swoim „krzyżem”, snem, marą.
Droga do tego zmagania wiedzie wokół przydrożnej kapliczki, ustawionej
obok sceny, blisko nas, widzów. Kapliczka ma kształt betlejki, białoruskiej
odmiany szopki bożonarodzeniowej, wypełnionej figurkami rozmaitych
postaci. Zatem przez doświadczenie betlejki, zgodnie z ludową tradycją,
wiedzie szlak tragedii Juliusza Słowackiego zaproponowany przez białoruskiego
reżysera. Twórczość Słowackiego, podobnie jak twórczość
innych polskich romantyków, jest mu równie bliska jak nam. Należy i do
jego dziedzictwa kulturowego, ale ogląda ją z własnej perspektywy,
umieszcza w sobie znanym kontekście kulturowym, więc i zachowania
jego bohaterów to zachowania znane mu z osobistych doświadczeń. Bo
Balladyna Żugżdy jest przedstawieniem o jego własnej ojczyźnie. To
nieco zakamuflowana i czasem nie dość odważna wizja kraju władanego
przez scenicznego Grabca (znakomity Adam Hajduczenia), poruszającego
się w nierealnej (lalkowej), a przecież prawdziwej rzeczywistości
scenicznej, którą tworzą Goplana (Elżbieta Grad-Cupriak), Skierka
(Hanna Banasiak) i Chochlik (Marcin Młynarczyk). Rzeczywistości, w której
prawdziwe są wyłącznie ludzkie losy, ludzkie tragedie, dziejące się
w relacjach aktorów i drewnianych, nieruchomych, betlejkowych figurek,
symbolizujących postaci dramatu Słowackiego.
Żugżdowej Balladyny przede wszystkim się słucha. Reżyser wykonał piękną pracę z aktorami, którzy mówią tekstem Słowackiego jak najwyższej próby współczesnym dramatem. Cały zespół – oprócz wymienionych także Jarosław Cupriak (Pustelnik), Tomasz Czaplarski (Kirkor), Monika Gryc (Balladyna), Hanna Banasiak (Alina) i Bartosz Budny (Fon Kostryn) – zadania aktorskie i interpretacyjne wykonuje doskonale. Drobne wątpliwości pojawiają się wówczas, gdy dla zróżnicowania granych postaci trzeba szukać innej barwy głosu i tu stara zawodowa praktyka lalkarska prowadzi czasem w złą stronę. Z kolei działania ze statycznymi figurkami budują wprawdzie niekiedy piękne sceny sytuacyjne, ale w teatrze, w którym sensem jest animacja, ożywianie martwej formy, ten środek teatralnej wypowiedzi, choć zrozumiały, zachwycać nie może. Nie potrzeba aktora lalkarza, by zrealizować takie zadania reżyserskie. W klimat Balladyny doskonale wpisuje się za to muzyka Bogdana Szczepańskiego, mająca wymiar uniwersalny, kierująca raczej nastrojami i budująca atmosferę dramatu, zastąpiona tylko w ramie spektaklu wątkiem Tańczących Eurydyk Anny German. To zresztą jedyny element określający prawdopodobny czas dziania się spektaklu. Pewną wątpliwość budzi plastyka przedstawienia (scenografia i lalki Walery Raczkowski, kostiumy Nadzieja Jakowlewa): użyteczna, lecz bez wyrazu, zbyt staroświecka, by mówić o dniu dzisiejszym, a to wydaje się intencją reżysera. A może ukrywa się pod nią słabo nam znana prowincjonalność białoruska? To by pewnie wiele tłumaczyło, ale też trudno oddychać wówczas w rytmie zaproponowanym przez autorów spektaklu.
W sumie powstał zajmujący obraz, przedstawienie utrzymujące napięcie, dobrze zagrane, precyzyjnie przemyślane, odczytane na dziś, tyle tylko, że pewnych intencji trzeba się jedynie domyślać, jakby autorom zabrakło troszkę odwagi, by powiedziawszy „a”, dopowiedzieć alfabet do końca. Gdzieś po drodze zaczęli wątpić, czy nie za daleko się zapuścili, czy nie za śmiało przeczytali Juliusza Słowackiego. Oczywiście, że nie! Okazuje się, że i Balladyna może prowokacyjnie i współcześnie zabrzmieć. Brawo Olsztyński Teatr Lalek. A od wizji pełnego kieliszka nie uwolnimy się jeszcze przez kilka pokoleń (oby!) i na nic tu jakiekolwiek protesty.
Balladyna, Juliusz Słowacki. Reżyseria Oleg Żugżda, scenografia i lalki Walery Raczkowski, kostiumy Nadzieja Jakowlewa, muzyka Bogdan Szczepański, projekcje Daniel Żugżda. Olsztyński Teatr Lalek, Olsztyn. Premiera luty 2014.
fot. P. Strzelec |
Żugżdowej Balladyny przede wszystkim się słucha. Reżyser wykonał piękną pracę z aktorami, którzy mówią tekstem Słowackiego jak najwyższej próby współczesnym dramatem. Cały zespół – oprócz wymienionych także Jarosław Cupriak (Pustelnik), Tomasz Czaplarski (Kirkor), Monika Gryc (Balladyna), Hanna Banasiak (Alina) i Bartosz Budny (Fon Kostryn) – zadania aktorskie i interpretacyjne wykonuje doskonale. Drobne wątpliwości pojawiają się wówczas, gdy dla zróżnicowania granych postaci trzeba szukać innej barwy głosu i tu stara zawodowa praktyka lalkarska prowadzi czasem w złą stronę. Z kolei działania ze statycznymi figurkami budują wprawdzie niekiedy piękne sceny sytuacyjne, ale w teatrze, w którym sensem jest animacja, ożywianie martwej formy, ten środek teatralnej wypowiedzi, choć zrozumiały, zachwycać nie może. Nie potrzeba aktora lalkarza, by zrealizować takie zadania reżyserskie. W klimat Balladyny doskonale wpisuje się za to muzyka Bogdana Szczepańskiego, mająca wymiar uniwersalny, kierująca raczej nastrojami i budująca atmosferę dramatu, zastąpiona tylko w ramie spektaklu wątkiem Tańczących Eurydyk Anny German. To zresztą jedyny element określający prawdopodobny czas dziania się spektaklu. Pewną wątpliwość budzi plastyka przedstawienia (scenografia i lalki Walery Raczkowski, kostiumy Nadzieja Jakowlewa): użyteczna, lecz bez wyrazu, zbyt staroświecka, by mówić o dniu dzisiejszym, a to wydaje się intencją reżysera. A może ukrywa się pod nią słabo nam znana prowincjonalność białoruska? To by pewnie wiele tłumaczyło, ale też trudno oddychać wówczas w rytmie zaproponowanym przez autorów spektaklu.
W sumie powstał zajmujący obraz, przedstawienie utrzymujące napięcie, dobrze zagrane, precyzyjnie przemyślane, odczytane na dziś, tyle tylko, że pewnych intencji trzeba się jedynie domyślać, jakby autorom zabrakło troszkę odwagi, by powiedziawszy „a”, dopowiedzieć alfabet do końca. Gdzieś po drodze zaczęli wątpić, czy nie za daleko się zapuścili, czy nie za śmiało przeczytali Juliusza Słowackiego. Oczywiście, że nie! Okazuje się, że i Balladyna może prowokacyjnie i współcześnie zabrzmieć. Brawo Olsztyński Teatr Lalek. A od wizji pełnego kieliszka nie uwolnimy się jeszcze przez kilka pokoleń (oby!) i na nic tu jakiekolwiek protesty.
Balladyna, Juliusz Słowacki. Reżyseria Oleg Żugżda, scenografia i lalki Walery Raczkowski, kostiumy Nadzieja Jakowlewa, muzyka Bogdan Szczepański, projekcje Daniel Żugżda. Olsztyński Teatr Lalek, Olsztyn. Premiera luty 2014.