Czym skorupka za młodu nasiąknie... | Dorota Mrówka

Wydawać by się mogło, że teatry dla dzieci podążają raczej utartymi ścieżkami. Wypracowane przez dziesięciolecia metody sprawdzają się mimo upływu czasu, zatem poszukiwanie nowych rozwiązań (nie tylko w kontekście czysto formalnym) może sprawiać wrażenie swoistej nadgorliwości. Bowiem logicznie rzecz ujmując – po co od nowa odkrywać Amerykę?

Magiczna broń Kendzo | Białoruski Teatr Lalka, Białoruś | fot. T. Zakrzewski
A jednak życie pisze własne scenariusze i co jakiś czas okazuje się, że coś, co do tej pory było absolutnie, całkowicie i z całą pewnością niepotrzebne/ niemożliwe/szalone, nagle stało się konieczne i potrzebne. Doskonale pokazała to tegoroczna edycja festiwalu „Katowice – Dzieciom”. Okazuje się, że i w Polsce, i na całym świecie coraz większą popularnością cieszą się spektakle dla „najmłodszych z najmłodszych” – czyli widzów w wieku od 1,5 roku do 5 lat. Jeszcze niedawno uważałabym, że ciąganie takich maluchów do teatru to albo skrajna lekkomyślność, albo przejaw rodzicielskiego okrucieństwa. Tymczasem maluchy nie tylko chętnie do teatru „chodzą” (chociaż w tym wypadku „chodzą” to spore nadużycie), ale na dodatek z wielką uwagą śledzą to, co przez 30-40 minut dzieje się na scenie. I nie są to dynamiczne, głośne, zwariowane kreskówki, ale spokojne, wyciszone, mądre realizacje sceniczne przystosowane do poziomu percepcji takich właśnie, bardzo młodych, widzów. Świadomość, że w dzisiejszych czasach są takie dzieci i są tacy rodzice – leje się na moje serce niczym miód. Jeśli bowiem dwulatek chodzi regularnie do teatru i ogląda spektakle, które nie są banalną zabawą w teatr, ale teatrem samym w sobie – z dobrym aktorstwem, mądrym przesłaniem, staranną reżyserią, to ja głęboko wierzę, że za lat dwadzieścia teatry nie będą musiały martwić się o frekwencję. Z drugiej jednak strony same wysoko stawiają sobie poprzeczkę – bo tak wyedukowany widz nie da sobie wcisnąć byle szmiry...

O zasięgu tego zjawiska najlepiej świadczy statystyka. Na tegorocznym festiwalu zaprezentowano trzynaście spektakli, w tym aż sześć to były realizacje dla najnajów. Różniące się stylistycznie, plastycznie, koncepcyjnie a jednak wyraźnie podobne. Punktem wyjścia wszystkich było wspólne poznawanie otaczającego świata. Mogło to być poznawanie przestrzeni, jak w przypadku hiszpańskiego spektaklu Na zewnątrz jest miejsce (Teatr Arena en los bolsillos), w którym mały chłopiec idzie na wycieczkę po najbliższej okolicy, a podróż ta urasta w jego wyobraźni do epickiej niemal wędrówki. To może być poznawanie kolorów, szukanie skojarzeń i nazw – jak w łódzkiej Pokolorowance (Teatr Pinokio), gdzie maluchy dowiadują się, jak może smakować na przykład żółty, a jaki dźwięk wydaje czerwony. Kanadyjska Opowieść o drzewie (teatr Des mots d’la dynamite) z kolei porusza w zabawny, ale nie naiwny sposób problem upływu czasu, rytmu życia zanurzonego w codziennych czynnościach. Włoska Compagnia Drammatico Vegetale zaprosiła najmłodszych na bardzo wysmakowany plastycznie spektakl Che sì che no opowiadający w bezpretensjonalny i pełen uroku sposób o budowaniu relacji międzyludzkich, o kształtowaniu własnej osobowości, o postrzeganiu i interpretowaniu świata. Bez względu na to, czy punktem wyjścia przedstawienia była muzyka („Album dziecięcy” Czajkowskiego Iwanowskiego Teatru Lalek z Rosji), zabawa słowem (Bajka- -Zjajka Teatru Dzieci Zagłębia z Będzina) czy tradycyjna gawęda (Na Warmii... dawno, dawno temu Olsztyńskiego Teatru Lalek), realizatorzy umiejętnie połączyli ze sobą walory artystyczne, edukacyjne i poznawcze, unikając przy tym trywialności i naiwności.

Po „drugiej stronie” festiwalowego programu znalazły się przedstawienia dla zdecydowanie starszego widza – bardziej dla młodzieży niż dla dzieci. Wśród nich także laureat tegorocznego konkursu – Złoty klucz Teatru Banialuka z Bielska-Białej. To nastrojowa i uniwersalna opowieść o problemach dobra i zła, która zręcznie unika nieznośnego moralizatorstwa, urzeka prostotą i w elegancki sposób nawiązuje do tradycyjnych spektakli lalkowych. Białoruski Teatr Lalka przywiózł natomiast istną megaprodukcję, Magiczną broń Kendzo opartą na japońskiej baśni. Staranny i zrealizowany z dużym rozmachem spektakl nawiązywał stylistycznie do klasycznego japońskiego teatru lalek i z dużym szacunkiem odnosił się do tradycji oraz kultury Kraju Kwitnącej Wiśni.

Nieporozumieniem było natomiast wystawianie w plenerze (przy paskudnej, deszczowej pogodzie) przedstawienia Dziadek Adama Walnego. Bardzo ciekawa plastycznie realizacja, z niezłym pomysłem reżyserskim, opowiadająca o tematach ważnych i poważnych – jak śmierć i przemijanie – wymaga raczej kameralnej przestrzeni, bliskości widzów i aktora, który dzięki temu może stworzyć intymną atmosferę. Wielka scena na środku zatłoczonej ulicy, z nagłośnieniem kruszącym szyby w oknach, z całą pewnością zaszkodziły temu przedstawieniu i nie dały widzom szansy na docenienie jego walorów.

Nie sposób w krótkim tekście opisać wszystkich festiwalowych spektakli, jednak warto dodać, że te zaprezentowane świadczą o bardzo precyzyjnym doborze repertuaru. Dzięki temu w ciągu zaledwie kilku dni pokazano to, co najciekawsze, nowe i znaczące we współczesnym teatrze dziecięcym. Widać wyraźnie rysujące się nurty myślenia o spektaklach dla młodych widzów, o podejściu do samej materii teatru w czasach, gdy ma on sporą konkurencję w postaci filmów, programów telewizyjnych, gier komputerowych i innych technologicznych wynalazków. Po tym, co zobaczyłam, wydaje się, że teatr nie stoi na straconej pozycji. I oby tak zostało.


XI Międzynarodowy Festiwal Teatrów Lalek „Katowice – Dzieciom”, Katowice, 15–19.10.2013 r.

Nowszy post Starszy post Strona główna